Nowy rok

Rok minął. Kolejny 1 rok, 12 miesięcy, 365 dni… Minęło z jednej strony bardzo szybko, jak teraz na to spojrzeć, a z drugiej dni ciągnęły się niemiłosiernie długo. Większość z nich mógłbym zapomnieć, byłoby łatwiej. Co prawda powiadają, że ból uszlachetnia, jeżeli tak to chyba już dawno temu zostałem diamentem. I wcale tej szlachetności nie czuję. Poza tym co mi to daje? Bycie szlachetnym? Dla kogo to się w ogóle liczy czy kto na to patrzy? Czy my sami na to patrzymy? No właśnie. Odpowiedź nasuwa się sama. Nikt. Ale nie o tym miało być.

Na nowy rok ludzie często postanawiają zmianę, jakąś realizację marzeń, snują wielkie plany. Nic magicznego w tej zmianie cyferki nie ma, ale ludzie lubią pełne lata, daty czy godziny. I przeważnie te marzenia są wielkie, rzadko kiedy z nich coś wychodzi, ale lepiej podobno marzyć z rozmachem, niż w ogóle. No i tu problem.

Nie mam marzeń. Nie mam postanowień bo w nie nie wierzę. Więc jakoś tak pusto się czuję. Czy takie istnienie samo w sobie, bez celu ma sens?

2017

Kończy się stary rok. Czasami ludzie w takich chwilach robią podsumowanie tego co się udało osiągnąć w ciągu tych 365 dni. Może też rozprawiają się z noworocznymi postanowieniami, których nie udało się zrealizować. Na nowe jeszcze chwila, jeszcze nie ten moment. Więc co dał 2017 rok, poza nowymi zmarszczkami i siwymi włosami? Ehhh od czego by tu zacząć.

Chciałoby się napisać… „To był kolejny wspaniały rok!” , „Tyle pięknych wspomnień!” , „Tyle wartościowych nowych przyjaciół/znajomych!”. Nic z tych rzeczy. Ten mijający rok był jednym z najgorszych w mojej dotychczasowej egzystencji. Poza spotkaniem we Wrocławiu i kontaktem z super ludźmi, niestety w większości tylko w necie, nic dobrego w nim nie było. Ok, przepraszam. Jedna rzecz jest dobra. Nadal żyję, no może to nazbyt wygórowane stwierdzenie. Nadal wegetuję. Uśmiech zawsze jest na twarzy a zmysł jak u spidermana powoduje, że kiedy pojawia się jakiś interfejs białkowy obok, on od razu wyskakuje na twarz. Słyszę nawet komentarze, że świetnie wyglądam, super itd… A w środku dopalające się zgliszcza. Tytanowa konstrukcja terminatora zżerana jest od środka. I nie ma nikogo… nikogo wokół. Mój wybór, moja decyzja. W żadnym razie nie zmienia to faktu, że jest ciężko w tej mrocznej samotności.

Żeby nie było za różowo, to jeszcze też w pracy wcale nie jest fajnie. Czuję się powoli jak zbędne piąte koło u wozu. I to nie tylko w pracy nr 2 ale też i w pozostałych. Całkowicie bezsensowna rola, z pozoru super, a w ostateczności nic nie wnosi do formy. Więc po co? Co mi po tytułach jak nic nie mogę tak naprawdę? Nie lubię jak mi płacą za nic. To nie ja, ja tak nie działam. Moja samoocena spada na leb na szyję. Czuję się naprawdę z tym fatalnie. Co też nie wpływa na poprawienie mojej ogólnej kondycji i życia. Daje to też pole do popisu dla procesów w tle. Ciągłe myślenie, ciągłe rozpamiętywanie… Dużo czasu na wyciąganie wniosków, na analizę znajomości, przyjaźni i innych kontaktów. Za dużo na rozpamiętywanie porażek i błędnych decyzji.

Zatem 2017 roku… Dobrze, że dałeś czas na myślenie i książki. Ale za wszystko inne… za ból, za cierpiernie, za dni spędzone w niewiarygonej samotności, za brak przyszłości, za brak dobrych wspomnień… również podziękuję, bo co mam zrobić. Nie Twoja wina, że masz 365 dni, i każdy z nich był taki jaki był. Tylko ten smutny człowiek w lustrze odpowiedzialny jest za to jak one wyglądają. No może nie tylko on, ale też i… właściwie to kto i co? Los? Fatum? Bóg? Jeżeli tak, to który? Tak, żebym wiedział, z którym się rozprawić jeżeli jest ta druga strona… Jutro ostatni Twój dzień 2017 roku. Oby był choć odrobinę lepszy od pozostałych 364-rech. Bardzo o to proszę…

NieRzeczywistość

Zdjęcia. Z era smartphonów to chyba najbardziej ulubione medium przekazywania informacji o sobie w obecnym świecie. Wszystkie te konta na różnych portalach społecznościowych ale i randkowych (a to nie to samo, ktoś zapytać może) pełne są zdjęć. Nie chodzi już o zdjęcia tylko i wyłącznie jedzenia, ubrań, miejsc itd… ale przede wszystkim o zdjęcia siebie samego. Niejako zastępują one w coraz większym procencie spotkania na żywo. To z nich dowiadujemy się jak ktoś teraz, obecnie wygląda. Bo do spotkań na żywo dochodzi bardzo rzadko, coraz rzadziej. Nie tylko dlatego, że nie mamy czasu, ale też dlatego, że coraz więcej znajomości jest na odległość. Nie tylko z powodu powszechnej globalizacji, ale też z powodu relokalizacji osób, które jadą za lepszą pracą czy szeroko rozumianą „przygodą”.

Wracając do zdjęć. Piękne zdjęcia się pojawiają na tych portalach. Problem w tym, że… nie są prawdziwe. Filtry, retusze i coraz bardziej dostępne narzędzia do przerabiania fotografi oraz nawet przysłowiowe wciąganie brzucha, powodują że wizerunek jest nierzeczywisty. Dodając do tego ładne opisy, często zmyślone, kreują ludzie w sieci całkowicie nieprawdziwy obraz samego siebie. Pkłamują innych, ukrywają prawdę ale też oszukują samych siebie. Kreują niedościgniony wzorzec samego siebie, a potem patrzą w lustro i płaczą… Nie akceptują rzeczywistości bez „filtrów”. Smutne to. Bo okazuje się, że coraz bardziej liczy się tylko opakowanie, to gdzie się jest, co się je, jak się wygląda niż… to kim naprawdę się jest.

Wigilia

Nigdy nie byłem specjalnie sentymentalny. Taka już konstrukcja. Ale ten rok wiele może nie zmienił, ale rzucił inne światło na to co i jak należy oceniać. Pamiętam jak to było bardzo bardzo dawno temu, kiedy jeszcze zachowane były pozory normalności połączone z dziecięcą naiwnością. Tak, ja też kiedyś byłem dzieckiem. Tamta atmosfera, mimo tego, że nie było na wszystko człowieka stać, była jednak miła. Mimo zgrzytów i obrazków, które wszystko burzą to jednak jak się je wytnie, jak się te wspomnienia przepuści przez różowy filtr, to było w nich, w tych świętach coś magicznego. Zapach wypieków matki, żywej choinki w pokoju, zapachy z kuchni, jeden z niewielu dni kiedy można było skosztować czekolady czy pomarańczy. Oczekiwanie na prezenty, które były wcześniej znalezione w szafie. Nic, że wiedziałem co dostanę i tak była ta ekscytacja. Może nawet udawana, ale była. Nawet później, kiedy było już naprawdę, naprawdę źle. Nawet wtedy gotując te 12 potraw, nadal czułem to coś. Może to była pogoń za nieuchwytnym tym czymś, ale jednak coś tam się tliło. Teraz tego nie ma.

Siedząc w hotelu, wszystko to jakoś uderza z podwójną mocą wspomnień. Ale tutaj nie ma żadnego klimatu. Czuję się jakbym został z czegoś okradziony. I nie chodzi o to, że chciałbym specjalnie świętować święta ale… to jakoś nie czuję, że tak być powinno jak jest. Takie niezidentyfikowane niemiłe uczucie. Coś jakby, że zapomnialeś wyłączyć żelazko wychodząc w domu… Wolałbym jednak siedzieć samemu nawet, ale w domu… nawet nie swoim, ale z choinką a najlepiej ze śniegiem za oknem. Nic więcej nie byłoby mi potrzebne. Czy to wielkie wymagania?

Reklamy świąteczne

Słuchając reklam świątecznych mam wrażenie, że ludzie się zapędzają w kozi róg z tymi całymi świętami. Ludzie słuchają „kup teraz, zapłacisz w nowym roku”, „spełniaj świąteczne marzenia, weź pożyczkę”, „weź co chcesz, raty za 3 miesiące” i inne tego typu nośne hasła, to dlaczego mi się wydaje, że słyszą tylko tą pierwszą część? Dlaczego nie rozumieją, że nikt – a szczególnie banki – nie dadzą im pieniędzy za darmo? I na co to wszytko tak naprawdę?

Stoły będą się uginać od jedzenia, którego większość nie lubi. Ale być musi, bo tradycja. Spokojnie by wystarczyła pewnie 1/2 tego co zostanie przygotowane na 3 dni ciągłego siedzenie przy stole. Więc oczywiście z tego powodu jedzenie trafi do kosza. Druga rzecz to prezenty. W świecie ciągłego konsumpcjonizmu i tymczasowości spełniania swoich zachcianek, prezenty też straciły na wartości. Dzieciaki mają zabawek więcej niż ubrań, z niewielu rzeczy się cieszą. Więc czy dostaną 10 prezentów czy 1 efekt i długość radości będzie taki sam. Chwilowy. Podobnie jest z innymi, a i tak duża część prezentów jest nietrafiona i potem „głupio” je oddać. No i potem te „udane prezenty” albo leżą w szafie, albo gdzieś schowane zbierają kurz. Ale pieniądze na to trzeba zapłacić, nawet jeżeli nie na święta to zaraz po nich… i potem zadłużenie tylko rośnie.

No ale w myśl staropolskiego przysłowia „Zastaw się, a postaw się” po raz kolejny Polacy w świątecznych nastrojach usiądą do stołów, napychani „jeszcze jednym kawałeczkiem serniczka”, przez kolejne kilka dni. A już po świętach odwieczne „zjedz bo się zepsuje” zapanuje przy otwieraniu lodówki.

Kot Schrödingera

Tak właśnie tym jestem. Jestem kotem Schrödingera. Z jednej strony jestem, a z drugiej jakoby mnie nie było. Otwieram oczy rano i wiem, że ten stan nadal trwa. Mój ‚Schrödinger’ nadal nie otworzył pudełka. Więc czy jestem jeszcze? Czy może już mnie nie ma? To przedziwne uczucie poruszania się w dwóch paralelnych światach. W jednym, w którym wszystko się toczy samo, a jednak tam jestem. I w tym drugim, w którym jestem całkowicie sam i tylko ja. Te światy się jednak nie przenikają, one po prostu są obok i toczą się każdy swoim torem.

To tkwienie w nieżyciu nie jest łatwe. Nie jest też trudne. Po prostu nie trzeba nic robić a wszystko się dzieje samo. Ale to samo oznacza, że beze mnie. Czyli jeżeli tak jest to czy jeszcze jestem? Czy tylko stałem się niemym obserwatorem? Trudno powiedzieć bo pudełko nadal pozostaje zamknięte. I nie widać szansy, żeby ktoś otwierając je przekonał się, że jednak kot nadal żyje…