Mury budujemy

Jest taki portal społecznościowy zwany twarzoksiązką. Na nim podobno ponad 2 mld osób. W naszym pięknym miodem i mlekiem płynącym kraju ostatnio walczymy o wolność. Tak przynajmniej powiadają media tzw. komercyjne. Za to media tzw. narodowe powiadają, że walczymy o zachowanie kliki sędziowskiej i szemrane układy. Nie będę tutaj wypowiadała się się kto ma rację, bo dziś nie o to mi chodzi. Wracając do tematu twarzoksiążki, wśród znajomych, „tych walczących o wolność” pojawiają się ostatniego czasu wpisy nawołujące aby Ci którzy głosowali na bądź popierają partię rządzącą wypierdalali z ich znajomych. Że nie chcą się z nimi zadawać, nie chcą z nimi rozmawiać i w ogóle są zdajcami Polski bo nazywają tych walczących zdradzieckimi mordami czy gorszym sortem.

Smutne. Bo jeżeli tak wszyscy zrobią z czasem mur między tymi walczącymi, a tymi drugimi będzie za wysoki by go przeskoczyć. Dlaczego mamy się odcinać od ludzi, sąsiadów, którzy mieszkają obok tylko dlatego, że nie rozumieją co robi partia rządząca? Dlaczego mamy ich wyzywać, poniżać i wyśmiewać, tylko dlatego, że wierzą w to co mówią im ludzie z telewizorów? Tu nie ma podziału czarno-białego. Rząd ma swoją narrację, i do ludzi, do części ludzi ona trafia. Nie powinniśmy się zamykać na dyskusję, bo tym samym odcinamy wszytkich, po obu stronach, od argumentów przeciwnych. A brak dialogu, brak rozmowy do niczego dobrego nie prowadzi. Naprawdę do niczego nas to nie doprowadzi. Powinniśmy rozmawiać, tłumaczyć, bez gniewu i nienawiści. Bo to nie są dobrzy doradcy w żadnej sytuacji.

Tak na koniec to się zastanawiam, czy wpisując te pełne nienawiści słowa. Piętnujące, wyrzucające „poza nawias”, nie rozumieją, że tylko dają paliwo parti rzadzącej? Nie zdają sobie sprawy, że takim nastawieniem powodują polaryzację i zacietrzewienie po drugiej stronie? A to powoduje, że prawdziwe argumenty przestają trafiać, bo idzie już nie o ideologię i fakty a o podział, o nienawiść, o to że jest się po tej drugiej stronie. Nie ważne już kto ma rację, ważny staje się sam konflikt i mur. Mur, który rośnie między nami.

Guma w pisuarze

Zastanawia mnie czasami ludzka głupota. Powiem szczerze, że jest to temat baaaardzo obszerny. Bo tak jak Eistein powiedział „Tyl­ko dwie rzeczy są nies­kończo­ne: wszechświat oraz ludzka głupo­ta, choć nie jes­tem pe­wien co do tej pierwszej.” I im więcej dni w kalendarzu już skreślonych, tym trudniej mi się z nim nie zgodzić.

Guma w pisuarze. Może nie być niczym niezwykłym. Mówimy o gumie do żucia. Pomijam to, że guma do ubikacji czy do pisuaru trafić nie powinna, bo to guma.Guma rozkłada się około 5 lat, więc średnio się nadaje do wrzucania do kanalizacji. Ale ludzie to robią, bo są jacy są. Ale są pisuary bezwodne. Ich budowa uniemożliwia wrzucenie czegoś do środka bo jest na wierzchu po prostu sitko, z bardzo małymi oczkami. Patrząc z góry na takie ustrojstwo – zakładam że nikt nie robił konkursu trafię do pisuaru leżąc na podłodze, i opróżniając swój pęcherz jakim trzeba być idiotą żeby wypluć tam gumę do żucia? Myśleli, że jak odejdą to to samo zniknie? Wyparuje w magiczny sposób? Czy ktoś zamiast moczu będzie miał kwas i to rozpuści? Naprawdę ludzka głupota i w sumie chamstwo – bo ktoś to musi potem wyjąć i posprzątać – są nieskończone

Budowanie zespołu

Według królującej politycznej poprawności powinno się zatrudniać tylko biorąc pod uwagę kompetencje kwalifikujące do danego stanowiska. Nie powinno stanowić znaczenia wyznanie, kolor skóry, orientacja seksualna, poglądy polityczne, pozycja społeczna itd. I w sumie się z tym zgadzam co do zasady. Fajnie by było jakby ludzie w miejscach pracy podchodzili tak samo. Nie patrzyli kto kim jest ale to co potrafi i czy się nadaje do danej roboty. Jednak nie żyjemy w idealnym świecie. Rzadko też pracujemy w oderwaniu od innych ludzi. Raczej jest to praca typowo zespołowa, gdzie efekt końcowy zależy od pracy właśnie w zespole, komunikacji, przekazywania sobie wyników pracy. I tutaj dochodzimy do problemów natury ludzkiej. Zobrazujmy to na przykładzie.

Mamy zespół składający się z prawicowych ultra-katolików, do którego znaleźliśmy idealnego kandydata od względem wymaganych umiejętności. Ta osoba odstaje jednak od wizji prawicowego ultra-katolika. Aby odpowiednio przerysować przykład, dajmy na to, że jest mulatem urodzonym w Polsce i do tego mocno sfeminizowanym gejem, który ubiera czasami damskie ubrania. Zatrudnić go czy nie? Mamy tutaj kilka opcji do rozważenia.

Jeżeli zatrudnimy taką osobę do zespołu, być może pod wpływem styku z „innością” prawicowi ultra-katolicy zaczną dostrzegać człowieka w „geju” i nieco zmienią podejście. Wiadomo, że coś co nie jest znane, coś z czym się ludzie nie zetknęli do tej pory najłatwiej obrócić we wroga i odczłowieczyć. Gorzej jak już się z kimś takim człowiek zetknie i zrozumie, że to ludzie jak my wszyscy. Więc jest tutaj pokusa nieco o eksperyment socjologiczny. Może się jednak zdarzyć zgoła inaczej. Radykalizm grupy spowoduje brak współpracy, a nawet znęcanie się nad nowym. Czy w takich warunkach da się normalnie pracować? Czy taka osoba, szykanowana na każdym kroku przez współpracowników, będzie się czuła dobrze? Wiadomo, że można oskarżyć innych o znęcanie się w pracy i iść do sądu pracy i tak dalej, ale nie o to tu chodzi.

Ostatecznie mamy dylemat zatrudniając kogoś do zespołu. Czy ten ktoś będzie się w nim dobrze czuł? Czy zespół będzie dobrze współpracował z nową osobą? Nawet bez zatrudniania wiadomo, że jednym pracuje się lepiej z innymi i odwrotnie. Są zespoły, które po prostu nie mają chemii, z różnych powodów. Więc zatem czy faktycznie powinniśmy się kierować tylko i wyłącznie kompetencjami, czy może musimy brać pod uwagę więcej czynników? I gdzie jest ta wąska granica między polityczną poprawnością i chęcią nie wyrządzenia nikomu krzywdy a dyskryminacją?

Spowiedź

Dziś miałem ciekawą rozmowę na temat spowiedzi, która skłoniła mnie do pewnych refleksji. Chyba prawie każdy w tym kraju przechodził przez spowiedź, taka spowiedź religijną, w kościele przy konfesjonale. I tak się zastanawiam jak to było z poprawnością tych wszystkich spowiedzi. W moim przypadku zbutnia szczerość kilkakrotnie spowodowała podniesiony głos księdza a nawet krzyki i brak rozgrzeszenia. Nie to, żeby mi jakoś na nim zależało, bo i tak to raczej kwestia tradycji i nie odbiegania od reszty powodowała mną przy przyjmowaniu kolejnych sakramentów. Bo wiary już dawno dawno nie miałem. Ale wracając do tematu, czy chrześcijańska, katolicka Polska faktycznie spowiada się w sposób szczery i prawdziwy? Jak pamiętam rozmowy jakie za dzieciaka prowadziliśmy przed spowiedzią to była w sumie nauka jakie „grzechy” wyspowiadać. Więc w sumie leciały standardy jak przeklinanie, nieposłuszeństwo wobec rodziców i opiekunów, przeklinanie… w sumie nic poważnego. Nikt nie mówił o tym, że pali papierosy, że pije alkohol, podwędził pieniądze matce z portmonetki, czy że okradł kiosk ruchu, nie mówiąc o masturbacji czy uprawieniu seksu przedmałżeńskiego. No prawie nikt. Dlaczego? Bo z jednej strony było im wstyd, a z drugiej bali się, że tzw tajemnica spowiedzi nie będzie taką tajemnicą. I trudno się im dziwić bo w konfesjonale siedział człowiek, a ludzie są jacy są. W każdym razie niewypowiedziane grzeszki znajdowały się w sekcji „więcej grzechów nie pamiętam…” I spowiedź odbębniona, no ale niekoniecznie.

Wracając do meritum. Nawet jeżeli ktoś rzetelnie jak na spowiedzi (w sumie zabawne to powiedzenie w tym świetle) wyspowiadał się ze wszystkich grzechów jakie spamiętał to co z drugą częścią? Co z „za wszystkie grzechy serdecznie żałuję, postanawiam poprawę”? Jaka jest prawdziwość spowiedzi, pokuty i przyjęcia komunii jeżeli wieczorem nastolatek wie, że będzie oglądał porno i przy okazji ulży sobie albo po wyjściu z kościoła zapali papierosa? Nie ma w tym nic prawdziwego. To jak chocholi taniec tylko po to, żeby sobie samemu ulżyć, bo wmówiono ludziom, że spowiedź oczyszcza z „grzechów”. Tylko nikt ich nie nauczył, że trzeba w to wierzyć, trzeba być szczerym, że trzeba faktycznie postanowić nie powtarzać tych grzechów, a nie mieć tą samą formułkę za tydzień czy za miesiąc przy tym samym konfesjonale.

A więc czy to wszystko nie jest o kant dupy. Bo jak wielu wypowiadających tą formułkę faktycznie żałuje tego co zrobiła i faktycznie chce się poprawić? Wydaje mi się, że jest to znikomy promil. Więc dlaczego kiedy byłem „zbyt szczery” wzbudzałem gniew u księży? Czy dlatego, że byłem niepełnoletni? Bo przecież moje grzechy w niczym nie odbiegały od grzechów dorosłych, które nie raz powinni słyszeć, a nawet nie raz pewnie je popełniali. W sumie tego nie wiem, ale sam rytuał ma od początku skazę. Ludzką skazę.

Swoje zdanie?

Czasami zdarza się tak, że na swojej życiowej drodze spotykamy osoby, które na pierwszy rzut oka nam jakoś imponują. Może imponują to za wielkie słowo, ale przynajmniej uważamy je za wartościowe, bo mają swoje zdanie. Wyróżniają się asertywnością, ostatnio cecha uważana za super cool i trendy. Nie boją się wypowiadać krytycznie swoich opini czy przemyśleń na różnorakie tematy.Oczywiście uważają się też za wyją

Jednak po jakimś czasie okazuje się, że jedyne co potrafią to krytykować. Jedyna odpowiedź na jakąkolwiek prośbę czy zapytanie to asertywne i stanowcze „Nie„, z którego oczywiście są dumne. Do tego uważają się za osoby wyjątkowe, których krytyka powinna być zawsze brana pod uwagę. Problem w tym, że nic z siebie nie dają. Kompletnie nic. Nawet nie potrafią rozpoznać, że inni wokół nich nie tylko im pomagają ale swoją pracą stwarzają środowisko, w którym te osoby się poruszają, i z którego korzystają pełnymi rękami. Kiedy wytknie się im, że mogłyby coś dać od siebie, cokolwiek poza podstawną lub bezpodstawną krytyką to uważają, że to nie ich sprawa. One są od czerpania korzyści, nie od dawania. I tylko zastanawia mnie gdzie u tych ludzi podział się zdrowy rozsądek i zwykła ludzka przyzwoitość? Bardzo słabe jest takie podejście. Bo przez taką postawę, odechciewa się chcieć też innym.

MiM & RPG

Nostalgia. To bardzo dziwne uczucie. Mieszanka smutku i radości. Smutku za czymś co się utraciło, a radości z tego, że się to przeżyło. Czytam artykuł za artykułem. Szczególnie wspominki niegdysiejszych redaktorów MiMa. W każdym zdaniu odnajduję siebie sprzed lat. Faktycznie nie było komórek, Internetu, e-maili, a jednak jakoś ludzie się odnajdywali. Grupki dzieciaków z wypiekami na twarzach, śpiące w śpiworach gdzieś kątach szatni czy sal gimnastycznych szkół, które nie piętnowały Harry’ego Potera czy RPG jako wymysły szatana. Wyblakłe kartki angielskojęzycznych podręczników… rozpadające się nieliczne polskie podręczniki niczym święte grale… kserwóki… niemal nieczytelne kserówki kserówek… figurki, karty czy nawet kości… Wszystko było takie nowe, ekscytujące, trudno dostępne… Ile wtedy się działo. Ilu ludzi się poznawało. Myśleliśmy, że to będą przyjaźnie na zawsze, a potem życie zweryfikowało. Byliśmy dzieciakami, nastolatkami, to była wspaniała zabawa. Każdy kolejny numer MiMa zdobyty za ciężkie pieniądze w antykwariacie czy kiosku to było coś. Przenosił do świata gdzieś poza rzeczywistością. I nigdy nie pomyślałem, nawet przez chwilę, że był beznadziejny czy, że tracił na jakości. A teraz czytając, że na redaktorów spadała tylko krytyka czuję, że wiem jak to jest, jak musieli się czuć. Ile to arktykułów napisałem do szuflady, których nigdy nie wysłałem bo uważałem, że były za słabe? Ile scenaruszy? Nawet tworząc te światy i przenosząc się na chwilę do innego świata zapominało się o tym co doskwierało w życiu codziennym. Ile zabawy i przygód się przeżyło? Kto to zliczy. Dawało to tyle satysfakcji i radości. Nostalgia.

Dlaczego teraz podręczniki się kurzą? Dlaczego nie można wykroić czasu na jeden dzień w tygodniu aby wspólnie ponownie zasiąść przy stole? Co się stało, że czas się skurczył tak niewiarygodnie? Przecież kiedyś wystarczało go na wszystko. Na pracę, studia, imprezy, picie, seks, książki, przyjaźnie, spotkania, gry… Co się stało, że teraz wystarcza na niewielką część tego co wcześniej robiliśmy? Czy odpowiedzialność i obowiązki zabijają możliwość poświęcenia czasu chociaż czasami tylko dla siebie? Na to co kiedyś lubiliśmy, co nadal gdzieś tam głęboko w środku siedzi w nas. Sam nie wiem, ale powspominać jest naprawdę miło, wszystkie te przygody, postaci, sesje…