Niepolski Polak

Zastanawiam się czy w tym jest jakiś większy plan czy po prostu emocje takie jak nienawiść biorą tutaj górę? Rzadko się wypowiadam odnośnie polityki i tego co się dzieje przy „chlewie”. Nadal oczywiście biorę udział w wyborach, nieco już z obrzydzeniem raczej, ale biorę, bo uważam, że to mój obowiązek. Nie powiem, też że nie podziwiam sprytu Prezesa o nikczemnym wzroście, który zawłaszcza Polskę i Polaków całą tą populistyczno-narodowościową propagandą. Widać jaką miażdżącą przewagę wizji ma nad mierną i bierną opozycją. I tutaj nie chodzi o to, żeby się z kimś zgadzać czy nie, ale można docenić rozmach i zaangażowanie. Dodatkowo Prezes, jaki by nie był, jednak ma jedną przewagę nad chyba wszystkimi politykami naszej przepięknej sceny politycznej. Nie zależy mu na pieniądzach. Wszystko czego chce to władza i wdrożenie swojej spaczonej wizji Polski posmoleńskiej. Oczywiście to bardziej niebezpieczne niż zwykłe nachapanie się, ale nie można odmówić, że robi to z pobudek innych niż karierowicze.

Wracając do tej szopki, która się teraz przetacza przez media europejskie i do tematu. Dlaczego dopiero teraz? To mnie zastanawia. Dlaczego nie zaczęli mówić o innym kandydacie miesiąc temu czy w zeszłym roku? Przecież takie wystawienie, już pomijam czy słuszne czy nie, na tydzień przed wyborami, gdzie wszyscy popierają, jest bez sensu. Nikt nie weźmie takiej kandydatury pod uwagę, bez spotkań, rozmów itd. I to mam nadzieję, że ktoś wie, wiedział, przewidział. Więc? Po co ten wybieg? Jedyna rzecz jaka przychodzi mi do głowy, to tylko po to, żeby na naszym wspaniałym propagandowym poletku mówić ludziom, że UE jest złe bo nie działa narodowościowo. A Tusk jest jeszcze gorszy bo nie jest naszym kandydatem tylko niemieckim. Czyli kolejna kropelka oliwy do ognia ksenofobii i wrogości wobec UE i Niemiec. Dodatkowo chyba to kładzie grunt pod podkopanie ewentualnego powrotu Tuska tuż przed wyborami w 2020 roku do krajowej polityki. Zawsze teraz będzie piętnowany jako nie-Polak.

Od wszystkiego

Czasami się zastanawiam czy nie lepiej byłoby się znać tylko na jednej rzeczy. Nie angażować się w nic konkretnie poza obowiązkami wyznaczanymi jasno przez stanowisko czy potwierdzone umiejętności. Po co wychodzić przed szereg i starać się łatać coś czym powinni się zajmować inni ludzie? Dlaczego tak bardzi chcemy czasami być pomocni, że dajemy się wcisnąć w obowiązki, które są całkowicie poza naszymi kompetencjami, chociaż może je zrobić każdy. Więc z czego to wynika? Z lojalności? Z chęci żeby jednak to wszystko działało wbrew przeciwności?

Ale jeżeli tak jest, to dlaczego po jakimś czasie widać, że część osób po prostu to wykorzystuje. Jeżeli nic nie trzeba zmieniać, a jednak działa to po co dodatkowy etat? To po co dodatkowa pomoc przy obowiązkach, które wydają się załatwiać same? I co za tym idzie ten stan utrzymując się dłużej wprowadza w mylne przeświadczenie, że wszystko jest ok. A nie jest! Dzisiaj spędziłem za dużo czasu na rzeczy nie związane z pracą stricte aczkolwiek typowo jej dotyczące. Ehhh, frustracja tylko a przeciez kwiatki trzeba dać.

Samopoczucie nieco w dół

Weekend daje mi w kość i ciągnie się nieubłaganie. Chyba powoli przydałby się jakiś mały reset. Taki w starym stylu. Jednak na razie to nie wchodzi w rachubę. Trzeba brnąć dalej w kolejne tygodnie z dość napiętym grafikiem. Ciekawe czy faktycznie po jakimś czasie się to uspokoi i będą już mniejsze fale na oceanie. Mam nadzieję.

Trochę żyję teraz w dziwnym stanie zawieszenia. Coś się dzieje, w sumie dużo się dzieje. A jednak wszystko jest takie jak było. I jakby na to nie spojrzeć, z każdej perspektywy wszystko wygląda ambiwalentnie. Irytujące to zaczyna być i pewnie przekłada się to na spadek samopoczucia. A ono jakoś nie chce się dźwignąć od pewnego czasu. Tyle dobrze, że widać u innych poprawę. To cieszy. Bardzo nawet. Ale to już historia.

Remont trwa w najlepsze. Staram się ciągle zachować zimną krew, ale powoli już tracę resztki cierpliwości. Zamiast się kończyć remont wszedł w kolejną fazę. Jeszcze gorszą. Już nawet moje lochy zostały zaanektowane i nie mam gdzie się podziać. To męczy. Bardziej niż to sobie wyobrażałem. Jeżeli potrwa to dłużej, mogę dojść do granicy i się po prostu wyprowadzić na jakiś czas. Naprawdę to już zaczyna zachaczać o absurd jak długo to trwa i w jaki beznadziejnie niezaplanowany sposób.

FachoFcy

Wydaje mi się, że nie jestem z tych klientów, którzy się awanturują. Można śmiało powiedzieć, że klient w krawacie mniej awanturujący się jest. Słoma z butów mi nie wystaje. Przynajmniej mam taką nadzieję. Ostatnio jednak cierpliwość mi puszcza. Co się stało z tymi ludźmi? Ze zwykłą ludzką przyzwoitością jeżeli chodzi o dawanie słowa? Czy słowo zadzwonię czy skontaktuję się później już naprawdę nic nie znaczy? Czy w świecie nieograniczonego dostępu do środków komunikacji okazuje się, że nie umiemy z nich korzystać bądź nie chcemy z nich korzystać?

Umawiam się z fachowcem od ogrzewania już n-ty raz. Nigdy nie zadzwoni przerosić, nigdy nie zadzwoni powiedzieć, że nie dotrze. Potem tłumaczenie, że coś wypadło itd. Ja tego nie rozumiem. Czy naprawdę nie można zadzwonić? Przełożyć jakoś bardziej aktywnie? Czy poszanowanie dla swojego słowa i umowy ustnej jest nieważne, bo i tak będzie miał innych klientów? Coś się nie tak porobiło. Tym bardziej, że naprawdę mogę się w miarę elastycznie umówić i nie rozumiem problemów po drugiej stronie. Ręce mi opadają. Robota rozgrzebana. To nie są komfortowe warunki. Z drugiej strony wyżywanie się przez telefon na takim człowieku czy coś da? Raczej nic a jednak zależy mi na tym, żeby to ogarnąć do końca. Jedyny plus jest taki, że faktycznie jak już robi to robi dobrze. Nie tak jak inni na odpierdol. Może dlatego warto zacisnąć zęby żeby mieć kiedyś tam skończone, ale skończone dobrze. Kolejne podejście w piątek… no zobaczymy.

Okulary

Po takim czasie jakoś dziwnie się czuję, z powrotem w okularach. Już czas na to był najwyższy ale jednak… Dziwnie. I nie tylko dlatego, że oczywiście, postarzają jeszcze bardziej, ale jakoś tak z drugiej strony cofają w przeszłość. Wszystko to razem dodaje złudzenie przebywania w dwóch czasach jednocześnie, kiedyś i w przyszłości. A oba one zbiegają się jeszcze w teraźniejszości… Przedziwne uczucie. Trudno się oprzeć wrażeniu, że gdzieś mój umysł wędruje w niewłaściwych kierunkach. Koncentracja zdecydwanie spadła a dużo „wyzwań” do zrobienia przede mną. Trudny wieczór się zapowiada. Chwilowe braki prądu też nie pomagają…

W pracy robi się coraz ciekawiej. Przecieki coraz większe i ludzie zaczynaja się interesować na poważnie co dalej? Mam nadzieję, że to wszystko co przez lata budowałem się nie rozpadnie z powodu odejścia. Bo jeżeli tak to współczuję dyrektorom, bo będą mieli piekło. Ale z drugiej strony patrząc jeżeli tak się stanie to ciut urośnie moje wewnętrzne niechciane ego. Wolałbym jednak by nie rosło i wszystko jakoś się ułożyło. Trzeba być dobrej myśli.

Nocny parking

Jest daleko po północy. W klubie kilkadziesiąt metrów dalej trwa w najlepsze impreza, na której bawią się przyjaciele, koledzy, znajomi i obcy mi ludzie. Bawią się w swoim towarzystwie, które lubię. I do którego należę. A może powinienem powiedzieć należałem? Nie wiem, ostatnio czuję się tam nieswojo. Ta jedna rzecz mi przeszkadza bardzo. I nie mogę przejść nad tym do porzadku dziennego. A szkoda. Bo straciłem chyba ostatnie miejsce gdzie czułem się sobą i u siebie. Za swoje błędy jedna się płaci wysoką czasami cenę. Może za wysoką? Kto to wie.

Samochód, silnik odpalony. Siedzę nad laptopem ze słuchawkami w uszach. Na zewnątrz jest zimno. Kolejne spotkanie dobiega do końca i będę mógł zapakować pracę do plecaka. Na kolejne kilka godzin przynajmniej. Tylko co potem? Wrócić do środka? Czy może jednak odpuścić i iść spać? Czy aż tak bardzo mi to przeszkadza, że nie umiem znaleźć u siebie przekonania by tam wrócić? No oczywiście jeszcze pozostaje problem niepicia… Dziś wszystko wydaje się bardziej skomplikowane niż powinno być. Jestem zmęczony.