Swoje zdanie?

Czasami zdarza się tak, że na swojej życiowej drodze spotykamy osoby, które na pierwszy rzut oka nam jakoś imponują. Może imponują to za wielkie słowo, ale przynajmniej uważamy je za wartościowe, bo mają swoje zdanie. Wyróżniają się asertywnością, ostatnio cecha uważana za super cool i trendy. Nie boją się wypowiadać krytycznie swoich opini czy przemyśleń na różnorakie tematy.Oczywiście uważają się też za wyją

Jednak po jakimś czasie okazuje się, że jedyne co potrafią to krytykować. Jedyna odpowiedź na jakąkolwiek prośbę czy zapytanie to asertywne i stanowcze „Nie„, z którego oczywiście są dumne. Do tego uważają się za osoby wyjątkowe, których krytyka powinna być zawsze brana pod uwagę. Problem w tym, że nic z siebie nie dają. Kompletnie nic. Nawet nie potrafią rozpoznać, że inni wokół nich nie tylko im pomagają ale swoją pracą stwarzają środowisko, w którym te osoby się poruszają, i z którego korzystają pełnymi rękami. Kiedy wytknie się im, że mogłyby coś dać od siebie, cokolwiek poza podstawną lub bezpodstawną krytyką to uważają, że to nie ich sprawa. One są od czerpania korzyści, nie od dawania. I tylko zastanawia mnie gdzie u tych ludzi podział się zdrowy rozsądek i zwykła ludzka przyzwoitość? Bardzo słabe jest takie podejście. Bo przez taką postawę, odechciewa się chcieć też innym.

MiM & RPG

Nostalgia. To bardzo dziwne uczucie. Mieszanka smutku i radości. Smutku za czymś co się utraciło, a radości z tego, że się to przeżyło. Czytam artykuł za artykułem. Szczególnie wspominki niegdysiejszych redaktorów MiMa. W każdym zdaniu odnajduję siebie sprzed lat. Faktycznie nie było komórek, Internetu, e-maili, a jednak jakoś ludzie się odnajdywali. Grupki dzieciaków z wypiekami na twarzach, śpiące w śpiworach gdzieś kątach szatni czy sal gimnastycznych szkół, które nie piętnowały Harry’ego Potera czy RPG jako wymysły szatana. Wyblakłe kartki angielskojęzycznych podręczników… rozpadające się nieliczne polskie podręczniki niczym święte grale… kserwóki… niemal nieczytelne kserówki kserówek… figurki, karty czy nawet kości… Wszystko było takie nowe, ekscytujące, trudno dostępne… Ile wtedy się działo. Ilu ludzi się poznawało. Myśleliśmy, że to będą przyjaźnie na zawsze, a potem życie zweryfikowało. Byliśmy dzieciakami, nastolatkami, to była wspaniała zabawa. Każdy kolejny numer MiMa zdobyty za ciężkie pieniądze w antykwariacie czy kiosku to było coś. Przenosił do świata gdzieś poza rzeczywistością. I nigdy nie pomyślałem, nawet przez chwilę, że był beznadziejny czy, że tracił na jakości. A teraz czytając, że na redaktorów spadała tylko krytyka czuję, że wiem jak to jest, jak musieli się czuć. Ile to arktykułów napisałem do szuflady, których nigdy nie wysłałem bo uważałem, że były za słabe? Ile scenaruszy? Nawet tworząc te światy i przenosząc się na chwilę do innego świata zapominało się o tym co doskwierało w życiu codziennym. Ile zabawy i przygód się przeżyło? Kto to zliczy. Dawało to tyle satysfakcji i radości. Nostalgia.

Dlaczego teraz podręczniki się kurzą? Dlaczego nie można wykroić czasu na jeden dzień w tygodniu aby wspólnie ponownie zasiąść przy stole? Co się stało, że czas się skurczył tak niewiarygodnie? Przecież kiedyś wystarczało go na wszystko. Na pracę, studia, imprezy, picie, seks, książki, przyjaźnie, spotkania, gry… Co się stało, że teraz wystarcza na niewielką część tego co wcześniej robiliśmy? Czy odpowiedzialność i obowiązki zabijają możliwość poświęcenia czasu chociaż czasami tylko dla siebie? Na to co kiedyś lubiliśmy, co nadal gdzieś tam głęboko w środku siedzi w nas. Sam nie wiem, ale powspominać jest naprawdę miło, wszystkie te przygody, postaci, sesje…

Zmiana przy korycie

Kolejna zmiana władzy. Czy coś da tym razem, nie wiem. Ale ludzie są pełni nadziei, że tym razem statek będzie miał prawdziwego kapitana, któremu zależy żeby statek utrzymał się na wodzie i faktycznie miał ustalony kurs. Czy tak się stanie? Czy plotki o pochodzeniu i wsparciu ze strony konkurencji są prawdziwe? I czy pojawiające się nazwiska to nie jest tylko kolejna grupa pasożytów na terminowych kontraktach? Nikt tego nie wiem. Nazwiska w większości trochę anonimowe. Czy to faktycznie coś da jeżeli chodzi o budowanie nowego zespołu R&D? To już wielka niewiadoma.

Za każdym razem jak przychodzi taka zmiana, mam coraz mniejsze oczekiwania w stosunku do zarządzających. Najlepiej by było gdyby się nie mieszali i nie zagarniali garściami kasy. Może wtedy udałoby się coś jeszcze uratować. Ale tak się nigdy nie dzieje. Zawsze za nowymi wkracza kolesiostwo, nowi pacynkowi dyrektorzy bez promila kompetencji, którzy zbierają kasę za to, że są. O ile jeszcze tak robią to nie jest źle. Ale jak zaczynają forsować swoje debilne rozwiązania, przekonani o swojej wielkości to już się robi kiepska sytuacja. Niech tym razem tak nie będzie. Ale bazując na doświadczeniu… no właśnie.

Szamani

Ludzka naiwność nie ma sobie równej prawdopodobnie w całych wszechświecie. Jeżeli chcemy w coś wierzyć to w to wierzymy. Pomijając całkowitą i kompletną irracjonalność tego czy to może działać. Wróżki, jasnowidze, wiedźmy, bioenergoterapeuci, czarownicy, kapłani… ktokolwiek w sumie. Ważne, żeby powiedział to co chcemy usłyszeć, żeby dał promyczek nadzieji. Ludzie lubią nadzieję. Żywią się nią niemal jak jedzeniem. Chwytają się i nie chcą puścić, mimo że fakty przemawiają całkowicie inaczej. Próbują ich nie dostrzegać, spychać gdzieś poza świadomość. Wyolbrzymiają za to całkowicie bezpodstawne zabobonne rzeczy wywodzące się wprost z mrocznych wieków. Dlaczego tak jest? Bo ludzie są w zasadzie głupi. Nie lubią trudnych rozwiązań ani niewygodnych faktów. Wolą się karmić nadzieją niż przyjąć do wiadomości, że jest źle i żadne ziółka, taroty, wachadełka czy inna magia tutaj nie pomoże. Weź się lepiej człowieku w garść i staw czoło problemom, a nie zamiataj je pod dywan. Bo prędzej czy później potkniesz się o ten garb na dywanie i wyłożysz się na ziemi już na dobre.

Z boku

Wszystko ostatnio się dzieje jakoś tak z boku. Wydaje mi się, że nie jestem w centrum swojego życia. Tak jakbym obserwował kogoś (siebie) z daleka przyglądając się z ograniczonym zainteresowaniem jak to życie się toczy, a może jak ono się w sumie zatrzymuje. Więc to wszystko co się dzieje wokół mnie, jakoś nie do końca mnie angażuje czy nawet dociera. Po prostu toczy się swoim torem, ale beze mnie.

Zastanawiające uczucie, kiedy spoglądasz w lustro i zastanawiasz się czy to nadal ‚Ty’? Wiesz, że powinno to Ciebie w pewien sposób niepokoić, ale wzruszasz tylko ramionami i idziesz dalej. I tylko daleko w tyle głowy jakiś cichy głosik krzyczy, że coś jest nie tak. Tylko czy na pewno chcemy go wtedy słyszeć? Lepiej jednak jak jest tak jak jest. W przeciwnym wypadku czy człowiek podołałby wszystkim obowiązkom i zadaniom jakie są do wykonania? Czy nie zamęczałby się tym co się dzieje? Trochę to jednak tchórzostwo jakby na to nie spojrzeć. A ja nie lubię być tchórzem.

Zła krew

Zła krew nabiera nowego znaczenia. Nigdy nie chodziłem po stronie światła i zdaję sobie z tego sprawę. Nie będę tego zrzucał na nikogo innego, bo to mój osobisty wybór. Nieważne kto i jak się wychowywał, każdy decyduje o tym jakim człowiekiem chce być i jakim jest. Ja nigdy nie wstydziłem się tego, że jakoś nie pokładam nadzieji w ludzkości, a w piekle już byłem nie raz. Nie wierzę też w jakieś kary na ziemi czy nagrody czy w ogóle w życie po śmierci. Idziesz do piachu i rozkładasz się zwracając do natury atomy, które wcześniej utworzyły twoje ciało. Proste i bez zbędnego filozofowania i do tego nie sprawia, że ludzie chcą się zabijać dla idei.

Problem pojawia się jeżeli faktycznie krew jest zła. Tak naprawdę zła, można powiedzieć, do szpiku kości zła. Zaczynasz się czasami zastanawiać dlaczego? Co takiego w Twoim życiu spowodowało, że teraz jest tak, a nie inaczej. I oczywiście masz niesamowitą ochotę zacząć zwalać na innych. Na brak kasy, brak możliwości rozwoju, na całą przeszłość, nieważne jaka by była, na ludzi których spotkaliśmy w życiu, na wydarzenia zgoła losowe, na to co się stało, niby bez naszej wiedzy. Usprawiedliwienie wszystkiego przed samym sobą przychodzi nam tak cholernie łatwo. Że to nie my jesteśmy winni tylko cały zły świat wokół nas. Ten, który nam nie dał szans ani warunków ani…

A potem spoglądam w lustro i widzę siebie. Tylko siebie. I dobrze wiem, że nikt inny tutaj nie zawinił. Wszystko jest takie na jakie zapracowaliśmy całym swoim życiem. Bywa. I tak przeżyłem dużo fajnych chwil. Żal? Może ciutkę. Złość? Też jest i owszem. Ale przede wszystkim zaczynam się oswajać z sytuacją. Może chciałbym jeszcze coś komuś wcześniej powiedzieć. Ale czy warto burzyć coś tylko dla swojego lepszego samopoczucia? Chyba nie.